Od chwili, gdy Kajtus jest ze mna, jestem wolintariusxka fundacji, ktora umizliwila mi adopcje zagraniczna. Tak, moj kundel przyjechał do mnie z Polski do dalekiej Anglii. To byl koszt, ale nie żałuję tego. On jest wart wszystkiego. Historia Kajetana, to dziwna historia. W fundacji znalazl sie, jsko 6 cio miesieczny szczeniak. Z ulicy. Taki wlasnie nirchciany byl.. Ja, dawno temu- 17 lat juz temu stracilam psa w Polsce. Umarl na raka. Ja w tym czasue bylam w Usa, a moj owczesny mąż go uspil. Ten pies byl moim nsjkepszym powiernikiem i przyjacielem. Mial na imie..Kajtek.Jego smierc kosztowala mnie wiele nieprzespanych ze smutku nocy, a zal zostal di dzis. Płakałam jeszcze kilkanascie miesiecy temu. Z powodu zakretiw zyciiwych, dopadla mnie olbrzymia depresja. Ciezka i beznadziejna. Zmaganie z nia pomalu tracilo na sile… Az do momentu, gdy mimowolnie przegladajac fb, znalazlam zdjecievosow do adopcji z fundacji z mojego polskiego miasta. Z tego samego, w ktorym mieszkałam z Kajtkiem. Pies, ktory przukuł moją uwage wygladal tak jak moj Kajtek w dziecinstwie. Moze kolor mial troche inny… Do tego zostal nazwany… Kajtkiem. Tego bylo za wiele. Chwycilam za telefon i jeszcze tego samego dnia wysylalam pieniadze na ksjtysiiwy paszport i zalatwialam jego transport. Zupelnie nie bylam gotowa na nacraka rewolucje. Pies. Po 16 latach- pies w moim domu! Po kilku tygodniach, Kajtuś juz u nas byl. Moi synowie zakochani, ja tez. . Jezdzi ze mna wszedzie, gdzie to mizliwe. Jrst ze mna w trudnych chwilach i… chyba wie ze mnie uratowal. A ja wiem, ze to moj Kajtus Pierwszy przyslal zastępcę-Kajtusia Drugiego….
]]>Długie rozmowy, że to może być różnie, że przeszłość psa, charakter itp. Wybraliśmy psa na podstawie… zdjęcia na stronie internetowej polskiego schroniska!
Ponad roczny pies, wielkości labradora, piękne oczy! Ahh te oczy, w nich się zakochaliśmy- jak każdy który widzi jego zdjęcia ze szczęsliwym spojrzeniem.
Wymienialiśmy auto- duży bagażnik z myślą o psie, wyprawka, dużo szczęścia radości, chip, paszport, szczepienia, wszystko co potrzeba do wywozu za granicę. Po kilku wspólnych dniach w Polsce wyjazd do domu, pies kocha jazdę- pierwszy plus, bo ponad 1200km trzeba jechać!
W domu aklimatyzacja, spacery, uczenie się jak go traktować I pierwsze problemy- bronienie zasobów, w tym przypadku jedzenia, poważny problem, grożenie mi warczeniem, był gotowy do ataku- bo wzięłam do ręki talerz z kanapkami.
Kilka razy ugryzł nas po dłoniach czy nogach gdy w gre wchodziło jedzenie ale praciwaliśmy nad tym. Szło powoli ale lepiej I lepiej, poznałam ludzi z którymi mogłam rozmawiać po angielsku, zaczęliśmy jeździć na psie zabawy do Pani szkoleniowiec, do której się nie dostaliśmy, bo miała wystarczająco ludzi w grupach… Innych szkoleniowców nie znałam, języka również…
Nadszedł dzień, gdy podczas kizianka na łóżku ugryzł mnie w twarz… Narzeczony od razu go skreślil I powiedział schronisko, ja się nie zgodziłam, bo jak sama mu mówiłam jadąc po psa – biorąc psa ze schroniska spodziewaj się diabła wcielonego. Ja nie zamierzałam się poddawać, bo wzięłam za niego odpowiedzialność, a gdybym go oddała, nikt by go nie adoptował znając jego przeszłość z życia z nami.
Był psem niezwykle lękliwym, gdy inny pies atakował- on uciekał, nigdy nie odpowiadał na zaczepki. I tak sobie żyliśmy w miarę spokojnie…
Podczas wyjazdu do Polski spędził kilka dni w hoteliku, w którym zaczął bronić miejsca w którym leżał, zabawek I wykazywał agresję do psów- wszystkich wiekszych.
Zabraliśmy go, wróciliśmy do domu I zaczęły się problemy- to co już wypracowaliśmy wróciło czyli jedzenie.
Zaczął broniç jedzenia, zabawek I co najgorsza całej klatki schodowej, sąsiedzi zaczęli się bać, bo zaczął się rzucać na nich (próbować), do mieszkania obcy nie wejdzie. Gości przyjmujemy w kagańcu… Na spacerach zaczął rzucać się na psy I ludzi. Szkoleniowiec powiedziała, że po prostu taki jest jego charakter, po tych kilku miesiącach dopiero poczuł się u nas bezpiecznie I zaczął pokazywać charakter- a dokładniej to co najpewniej znał z życia „przed nami”, że aby przetrwać trzeba atakować, że to jego jedyna znana odpowiedź w chwilach silnego stresu, poczucia zagrożenia.
Mieliśmy ochotę się poddać, przyznać że podjęliśmy złą decyzję, że nie jesteśmy odpowiednimi ludźmi…
Znaleźliśmy kolejnego szkoleniowca, który się podjął pracy z nami, pokazała nam jak pracować, jak się zachowywać, jak reagować na agresję.
Musiałam się nauczyć bycia w 100% konsekwentną, cierpliwą- bardzo dużo czasu I energii kosztuje praca z nim. Codzienne spacery do ludzi- żeby nauczył się z nimi przebywać, ćwiczenia kilka razy dziennie, raz w tygodniu rally obedience, raz w tygodniu psie zabawy, minimum co drugi dzień rower, zabawa z kolegami w parku, codzienne długie spacery- bardzo dużo czasu I pieniędzy, bardzo dużo wyrzeczeń.
Nadaliśmy psu bardzo duże znaczenie. Jest członkiem rodziny ale nigdy nie będzie kizi mizi pieseczkiem. Nie ma wstępu do kuchni, na łóżko, kanapy, nie może przebywać nawet koło stołu podczas jedzenia. Wiele spacerów, sytuacji jest po prostu tak ciężkich, że łzy same się cisnął do oczu. Przy każdej czynności przy nim, mam z tyłu głowy alarm- patrz na niego, jego reakcje, czy nie okazuje mikro sygnałów, że zaatakuje?
Kocham go całym sercem I mam zamiar być przy nim do ostatniego dnia, chyba że wydarzy się coś z czym na prawdę sobie nie poradzimy.
Przyznaję, że prawie rok temu po prostu CHCIAŁAM psa, bo tak. Sama nie wierzyłam w tego, wyżej wspomnianego, diabła. I na oewno nie byłam na niego przygotowana.
Czy zdecydowałabym się na kolejnego psa ze schroniska, którego przeszłości nie znam?
Na pewno nie.
]]>